W tym niemym uścisku upłynęła chwila... Patrzyli sobie w oczy... Dżemma i on, oboje byli smutni, ale wielkie szczęście czasem się tak czarno ubiera umyślnie... Szeptali z początku tak, że ledwie sami się słyszeć mogli.
Dżemma poszła zwolna wiodąc go za sobą ku krzesłu, a August obyczajem dawnym na podnóżku u kolan jej usiadł, patrząc w piękne oczy.
— Nie prawdaż? zdrowszą dziś jesteś? — szeptał król. — Uwierzyłaś że niemasz trwożyć się czego?
— A! — przerwało dziewczę, machinalnie ręką białą sięgając ku leżącej blizko lutni, a drugą poprawując pukle ciemnych włosów króla — a! nie ma miłości bez trwogi! Każdy skąpiec drży o skarby swoje.
— Bojaźńby szczęście zatruła, gdyby tak zawsze dręczyć nas miała — odparł August. — Drogich chwil szkoda jej dawać na pastwę.
— A chwile te tak krótkie! — westchnęła Dżemma — obliczone! niestety.
Zmarszczył się król i ujął rękę jej w dłonie.
— Nie przewiduj gorszej przyszłości niż się ona obiecuje — począł mówić. — Niestety, królowie żenić się nawet, tak jak żyć muszą nie dla siebie ale dla poddanych, za to małżeństwa ich serca nie wiążą. Zmusić mnie mogą do podania ręki przed ołtarzem, ale serca mojego nikt nie weźmie gwałtem... to do ciebie należy.
— Na długo?
— Na zawsze! — zawołał August — dopóki twoje dla mnie bić będzie, piękna Dżemmo!