Baba kuta doskonale wiedziała o co chodziło, śmiała się w duszy z poczwarnego eleganta... ale go nie odtrąciła. W zbliżeniu się do niego nie było niebezpieczeństwa, bo Dudycz miał pewne zachowanie u królowej.

Petrek znalazł wreście raz wieczorem zręczność rozmówienia się sam na sam ze starą ochmistrzynią.

— Jejmościuniu — rzekł — śmiej się ze mnie jeśli chcesz; powiesz może, że w starym piecu djabeł pali, ale com ja temu winien, że oczy mam i serce w piersi. Zakochałem się..

— We mnie? — odparła biorąc się w boki Zamechska.

Dudycz począł się śmiać i w rękę ją pocałował.

— W Dżemmie — szepnął.

Zamechska ręce załamała.

— A toś się wybrał! — rzekła — prawda że późno, ale za to smacznego ci się kąska zachciało. Na całym dworze piękniejszej nie masz.

— Pewnie — odparł z dumą Petrek — bo ja smak mam; ale ta piękność uboga jest, a ja, dzięki Bogu, węzełek sobie przysposobiłem.

— I dzięki soli — szepnęła Zamechska.