Ochmistrzyni się rozśmiała.
Dudycz dodał spuszczając oczy.
— To co? — albo się ludzie z wdowami nie żenią?
Upór był nie do przełamania, Petrek począł dalej ciągnąć rzecz swoją.
— No, tak, pracowałem życie całe, uciułałem grosza. Chodziłem w prostej opończy dziurawej długo, a teraz widzicie jak się stroję. Otóż na to pracowałem, żeby mieć wszystko jak drudzy. Bławaty, aksamity, łańcuchy, woźniki, kolebki i żonę taką, aby mi jej ludzie zazdrościli. Innej nie chcę jak ta, a tę muszę mieć, niechaj będzie co chce...
I pięścią uderzył się w kolano.
— Cóż z tobą mówić — odparła ochmistrzyni. — Ja ci nic nie pomogę, ona teraz na ciebie patrzeć nie zechce.
— A potem? — zapytał Dudycz podnosząc oczy.
Śmiała się Zamechska; patrząc na śmiesznie wystrojonego, brzydkiego, niezgrabnego człowieka, razem litość i śmiech ją porywał.
— Mam ja ci to tłómaczyć — rzekła — czegoś się powinien sam był domyśleć? Królowej ona teraz potrzebna, aby młodego króla od tej żony, którą dla niego przywieźć mają, odciągała. Młody pan i stara pani nasza obsypują Włoszkę podarkami, ona teraz pierwsze oko w głowie... cóż ty możesz przeciwko nim?