Podkomorzy ów miał aż trzech synów: ci wszyscy poszli gospodarzyć i zajmować się rolą, a później rzeczy publicznej służyli w powiecie, jeden jako chorąży bez chorągwi, drugi jako prezes sądu, który nie sądził, trzeci jako marszałek, któremu inni marszałkowali w domu i kancelarji.
Ostatni był nawet twórcą znakomitej teorji, która się rozkrzewiła i przyjęła między bracią szlachtą: — on to pierwszy wyrzekł uroczyście, że głównym obowiązkiem szlachcica jest być egoistą i siebie zachować, gdyż na szlachcie leży przyszłość społeczności, ona jest naczyniem wybranym tradycji i bez niej światby zginął niechybnie.
— Jeśli ja przepadnę, kraj przepadnie — mawiał często bijąc się w pierś szeroką — a zatem tu egoizm jest czystym patrjotyzmem, i pierwszym obowiązkiem siebie pielęgnować...
W życiu tego znakomitego statysty to także zwraca uwagę, że zbudowawszy teorję tak nową i piękną, potrafił do niej ściśle się i logicznie zastosować, zostawując po sobie majątek znaczny i konsyderację powszechną. On to od braci odkupiwszy Dębin, gdyż tamci pożeniwszy się na fartuszkach poosiadali, rezydencję swą założył na ojcowskich progach, na starość odpoczywając, sprawując imieniny i myśląc o synu, który kubek w kubek udał się w niego.
O nim nie wiele da się powiedzieć, chyba że się ożenił bogato, żył procul negotiis, marszałkował powiatowi lat dwanaście i raz nawet zastępował gubernskiego tygodni trzy i dni dwa, palił tytuń turecki z długiego cybucha i miał przysłowie: Chyba tego... W majątkowych sprawach nie tak szczęśliwy, nieco się zaszargał, ale te maleńkie dłużki wcale mu nie dolegały, a szlachta często po lat kilka nie odbierając procentu nie krzywiła się nawet na Jaśnie Wielmożnego marszałka.
Z małżeństwa wielce szczęśliwego Bóg mu dał dwóch synów, zdrowych i dorodnych i jedną córkę...
Wychowanie tych dziedziców wielkiego imienia nie było zbyt wyszukane, gdyż marszałek utrzymywał, że szlachcicowi nie wiele potrzeba, a nauka dużo ludzi bałamuci. Wprawdzie uczono ich czytać, pisać i rachować, ale szkoły uważano za zbyteczne, a nawet zgubne; i panicze w czternastym roku zaczęli jeździć na polowanie, w szesnastym stawali do kielicha jak starzy, a w dwudziestym byli już skończonymi ludźmi samą siłą rzeczy; rozprawiali o wszystkiem o czem było potrzeba, sądzili nawet o czem nie koniecznie trzeba sądzić, a ojciec wraz z niemi najpewniejszy był, że uzdolnieni są zająć choćby najwyższe w świecie stanowisko: Szlachcic, według jego teorji, znowu darem Bożym, intuitive, ma to sobie dane, czego inni mozolnie uczyć się i nabywać muszą.
Może to być wszelako trochę prawdą, gdyż codzień widzimy paniczów, którzy z najosobliwszą śmiałością porywają się do prawodawstwa, na urzędy, do spełniania wszelkich obowiązków, choć niby nic się nie uczyli i nie umieją, zapewne ufni w tę siłę łaski, że im Pan Bóg, opiekujący się szczególniej stanem szlacheckim, głupstwa zrobić nie da.
Rzuciwszy więc wcześnie książki, któreby ich obałamucić tylko mogły, bo wszystko złe pochodzi z tych nieszczęsnych książek, oba marszałkowicze poczęli życie praktyczne, nie wiele zajmując się gospodarstwem, którem ojciec kierował, ale za to usilnie oddając się nauce żywota, badaniu serc ludzkich i piersi niewieścich, a wypróbowywaniu ile żołądek napoju i pokarmu, nie narażając się na niestrawność, strzymać może.
Starszy okazał nadzwyczajne zdolności do myślistwa, młodszy do frymarku końmi, tak, że choć ojciec niewiele im grosza dawał, pierwszy ze skórek lisich, drugi z nieustającego handlu czwórką koni coraz inną, umieli się wcale nie źle utrzymywać. Złośliwi wprawdzie powiadali, że oba grali w karty śmiało i szczęśliwie, ale nie sądzę, żeby to im wiele mogło dopomódz.