Po francuzku nauczyła się też trochę i dosyć źle, prawdę powiedziawszy; na fortepianie grała kilka mazurków, jednego walca księcia Reichstadt i poloneza Ogińskiego; ale mimo że się jej wychowanie nie wzięło, głową i rozsądkiem całę przechodziła rodzinę.

Ojciec i bracia w ciężkich razach uciekali do niej po radę, umiała i osądzić i odezwać się, i domyśleć i poznać się na człowieku. Dobrego serca, szlachetna, miła, w domu tym osamotniona, zawczasu posmutniała biedna i żyła w swym pokoiku z kilką książkami, z modlitwą i dziewiczemi dumami swemi. Goście widywali ją u stołu, przy herbacie, a ojciec i bracia pozbywali się jak mogli najprędzej, aby swobodnie, po kawalersku puścić wodze mowie i ruchom... Pomimo wielkiej piękności, która ściągała oczy w kościele, wyrazu dobroci i smutku, mającego urok dla wszystkich, nikt dotąd o pannę Adelaidę się nie starał. Wiedzieli sąsiedzi o pięćdziesięciu tysiącach a razem i o tem, że marszałek za lada hetkę córki nie wyda. Życie jej płynęło cicho ale smutnie, jednostajnie, powoli, a kwieciły je nadzieje i sny o kimś, o czemś, o tych królewiczach z za morza jak w bajce... Więc się śpiewało, śniło, czytało trochę, marzyło, a gdy nie wiele miała do czynienia, powracało się do ulubionych książek kilku i z nich dosnuwało co życiu brakło.

Ojciec i bracia kochali Adelaidę bardzo, ale ją widywali rzadko i w jej towarzystwie nie znajdowali przyjemności. A trochę się surowych obawiali sądów.

Marszałek siedząc pod piecem i poglądając na krzątającą się córkę dziwił się czasem, dla czego dotąd się jej nikt nie trafił, ale się tem pocieszał, że i jemu taka gospodyni była potrzebną.

— Na wszystko jest czas — mówił — jeszcze młoda, znajdzie się kupiec i na ten towar...

Rozdział dziewiąty. O łące, o pannie Adelaidzie i głupim chłopaku

Tymczasem rosnął dąbczak, a z Sacharem bieda była w domu, bo taki niesposób napędzić go do porządnej pracy.

Uważano nieraz, że w czasie, gdy ekonom dawał mu nauki moralne, ziewał i patrzał na ptaki, które się zwijały w powietrzu, jakby o nauce i ekonomie nie myślał — wyrokowano więc z tego, że zginie nieszczęśliwy i nigdy nic z niego nie będzie. Z dnia na dzień jakoś szło gorzej a byli i tacy, co twierdzili że mu się w głowie pomięszało.

Czasem, wziąwszy swoją skrzypkę pod pachę, jak poszedł z domu, nie powracał aż wieczorem lub nocą. Myślałby kto, że (zwyczajnie muzyka) grał gdzie na weselu albo w karczmie i zarabiał! Gdzie tam — uchodził w las, na tę łąkę, siadał sobie na pniaku i zagrywał się, aż mu łzy z oczów biegły a policzki się paliły. Niktby się tego nie domyślił nawet, gdyby ktoś nie przydybał go trafem na tem szczególniejszem zajęciu.

Nieopodal od łąki, która pasem ciągnęła się przez wzgórek, z jednej strony szła drożyna, wiodąca do miasteczka wąwozami i parowy wśród zielonego lasu, z drugiej, gdzie wzgórze zniżało się ku leśnej łące pańskiej, płynął ruczaj do stawów.