Wszyscy poznali w nim króla... strach padł wielki na biedaków. Sprzeczała się ciemierzyca z łopuchem, na niego składając winę, on na nią, że trzeba było krewnych, nie krewnych, cokolwiek wyrasta, tępić, że dąbczak mógł być z razu zgnieciony, ale rozprawy te do niczego nie wiodły. Chciano wezwać sąsiedni tarn aby zniszczył wyrostka, ale po rozmyśle, okazał się niebezpieczniejszym od dębu sąsiadem.

Ciemierzyca następnego lata uschła ze strachu, nie zostawując po sobie potomstwa, a łopuch godząc się z przeznaczeniem wegetował skromnie na uboczu.

Pierwsze kroki naszego bohatera, który tak szczęśliwie uniknął niebezpieczeństwa, były jednak dosyć trudne: posadę na ziemi miał do czasu jaką taką, gdyż stary pień go protegował, ale trudno było przewidzieć co w górze spotka.

Samo spojrzenie ku niebu przerażało...

Wprawdzie świeciło tamtędy kiedy niekiedy słońce i lazur się pokazywał, ale sploty gałęzi różnych a w ogóle nieprzyjaźnych były zastraszające. Gdzieniegdzie grube rosochate, zdawały się grozić zupełnem zatamowaniem pochodu, cienkie wiły się w gąszcz nieprzebitą, a liści było tyle! a krzyżujących się rozrosłych gałązek i wypustków!

Nie odebrało to odwagi dąbczakowi, który miał nadzieję przetorować sobie drogę ku słońcu jak i drudzy, i choć rzadko promyka skosztował i deszczu się napił, żył jak było można w tej biedzie.

Sąsiedztwo nie było do zazdrości... zaraz w prawo rosła owa stara brzoza, której pamiętniki na korze własnej spisane, później się nam w ręce dostały. Jak inne tego pokolenia i rodu wietrznice, co rozczochranemi włosy po lesie bujają, ona także niebezpieczną była swym blizkim. Nigdy nie można było być pewnym kierunku w jakim pójdzie i kształtu jaki się jej przybrać podoba. Brzozy to mają do siebie, że jedne jak świeca strzelają prosto, drugie rozchodzą się i rozłamują na dwoje i troje, inne chylą aż do ziemi... Raz przybrany kierunek do niczego ich nie obowiązuje, puszczą gałąź grubą i niewiedzieć dokąd strzelą. Fantazja niemi rządzi nie żadne prawo, ztąd dla sąsiadów niebezpieczeństwo zawsze groźne, a byle burza, gotowa się wywrócić i przywalić, takie to kruche i wątłe.

Z drugiej strony miał osiczynę, słusznego już wzrostu, o białej korze, piękną zdaleka, pokaźną, ale w głębi gnilcem zjedzoną, i choć na oko wydawała się zdrowa i silna, równie niebezpieczna, bo od dołu ledwie się trzymała.

Nie można się było na nią skarżyć, gdyż dość przyjemnego okazywała się charakteru; sięgając wyżej innych głową, dawała wiadomość o tem co się na niebie działo, pokarmu ziemi nie ujmowała wiele, bo chorowita, nie potrzebowała go tak dalece; liści jesienią nie gubiła do zbytku, gałęzi nie miała dużo, ani szeroko rozłożonych, słowem, można z nią było żyć, ale byle wiatr zadął, trzęsła się cała i piszczała tak, że strach było o staje...

Czuła ona że runie, przepowiadała nawet że od zachodniego wiatru się powali, obiecywała że szkody wiele nie zrobi, wszelako była nieustanną groźbą.