We dworze tymczasem chorowała Natalka i gdy wstała z łóżka po długiej słabości a mimowolnie spojrzała w źwierciadełko, wiszące u łóżka, sama siebie nie poznała... Piękne jej włosy wypełzły, jasne oczy zagasły, rumieniec zastąpiła żółta bladość choroby, i po młodości i krasie przyszło zapłakać na wieki... Pierścionek gdzieś przepadł w chorobie i narzeczony nie wrócił...

Zwlokła się biedna i zapłakała nad sobą... potem powoli siadła do krosien milcząca, i znów rozpoczęła życie złamane jedną chwilą... Częściej modliła się tylko...

Rozdział dziewiętnasty. Historja płotu, zdrada chmielu, upadek i niespodziana metamorfoza ostatnia

Ale gdzież historia kołka? — spytacie — właśnie też do niej powracamy, chwila cierpliwości.

Już wiemy jak go chmiel oplótł pod pozorem przyjaźni jak na czystej korze dąbczaka złowrogie zjawiły się plamki... to były pierwsze groźby przyszłości. Nasz kołek stał jeszcze mocno i uparcie, a tymczasem chmiel bujał po nad nim w towarzystwie powojów i perestupów; tak dobrze okrył płot cały, tak się na nim uwiesił, że słabsze kije leszczynowe i osikowe, którym już końce podgniwać zaczęły, ciężaru tych coraz cisnących się gości wytrzymać nie mogły.

Jeden czy dwa koły od spodu się obłamały, ugięły, pochyliły, chmiel przewalił się całą siłą w tę stronę, i najwytrzymalsze podpory tej budowy uczuły, że im długo ustać nie będzie podobna. Dąbczak jeszcze się opierał jak mógł, gdy nadeszła burza i jednym zamachem obaliła cały płot na ziemię. Runęły wprawdzie z nim i chmiele i pasożyty, co osłabienia jego były przyczyną, ale niewiele ich to kosztowało, bo mogły na nowo od korzeni puścić. Nazajutrz trzoda powracająca z pola, dziwną obdarzona pamięcią, przypomniawszy zapewne starą w płocie dziurę, którą do sadu wchodzić przywykła, wtargnęła całym zastępem...

Ale co jej bezkarnie uchodziło za czasów starego marszałka, to teraz, pod rządami nowej pani Rogalinej, dozwolonem być nie mogło: wnet zbiegli się pastuchy z biczami, ludzie z folwarku z kołkami, furmani ze stajni, i co żyło we dworze jęło się bydło wyganiać. A że wiele narobili hałasu około tej sprawy, dowiedziała się zaraz pani, że płot się obalił.

Kazano natychmiast stary zabrać i nowy postawić.

Dziwne są czasem zrządzenia losu i trafy zbliżające ludzi i kołki... wytłumaczyć tego nie można, podziwiać musimy... mistycy chyba gotowi tłumaczyć...

Koniec końcem cóż się dzieje? oto z tego połamanego płotu, wśród którego gruzów bohater nasz leży, gdy wożono na kuchnię chrust i kije na ogień przeznaczone, Pakuła, użyty ku temu, zabrał na wóz nieco pozostałości, i przywiózłszy rzucił w kącie na swojem podwórzu.