— Doprawdy — rzekł w duchu stawiając kij u ściany i przypatrując mu się z dala, ani wójt nie ma piękniejszej laski... w niedzielę poważniej mi z nią będzie do cerkwi...

Właśnie gdy się tak zabawiał, nie postrzegł że Sachar, wracający ze zwykłej wycieczki, usiadł przy nim na przyźbie i kijowi się także przyglądał...

Miał bowiem, jakeśmy wspomnieli, od młodu pasję strugania i wyrzynania...

Jakoś machinalnie wyciągnął Sachar rękę i postawiony kij wziął obracać na wszystkie strony.

Stary pożałował, posmutniał, ale wnukowi odbierać go nie śmiał...

— Wziął, to i położy — rzekł pocieszając się...

Tymczasem Sachar nie rzucił go tak prędko, dobył noża, który przy sobie nosił i opatrzywszy główkę kija, począł się koło niej zajmować, usiłując jej nadać kształt jakiś.

— Co teraz to przepadła moja laska! — zawołał Perebendia — ale biedaczysko się choć pobawi...

Sacharowi nie szło łatwo, bo dębina była zaschła i twarda... ale od czasu oszalenia taką miał siłę, że kamień zetrzeć mógł w rękach. Choć nóż więc nie dopisywał, drzewo ustąpić musiało, i Sachar uśmiechając się zwycięzko, wyrobił z nieforemnego guza na podziw osobliwą głowę jakąś tak misternie, że Perebendia wydziwić się jej nie mógł i stał przed nim osłupiały.

Głowa zaprawdę była dziwaczna, ale się śmiała takim serdecznym, zawiesistym śmiechem, rozdartą od ucha do ucha poczwarnie gębą... a raczej paszczą, oczki jej tak się gdzieś w marszczki pochowały głęboko, a całe oblicze tak dziwnie było pofałdowane, że patrząc na nią, samemu śmiać się chciało...