Mikuł brodę darł i marszczył się.
— Nie gadajcie, nie mielcie — a kto to tego nie wié!
— Owszem mówcie, ja choć wiem, to niespełna — odparł młody. — Choć się co słyszało, wywietrzało, radoby się przypomniało.
Tymoch z niechęcią, ukradkiem wskazał na dziada.
— Ten niechaj wam gada gadki — odezwał się, — dziadowska to rzecz do torby zbiérać po drodze chléb, a do drugiéj ludzkie plotki. Obieży świat, wszystko wié i każdą rzecz powiedzieć umié.
Wyjął młody z sakwy srébrniczka małego i dziadowi go rzucił.
— Praw dziadzie — odezwał się, — nim zwarzy jeść gospodyni, gadaj, bym nie spał.
Mikuł, jakby mu się słuchanego słuchać nie chciało, poszedł do komory ciemnéj, a ci, co zostali, umilkli, ku dziadowi się obracając. Dziad splunął i począł.
— Héj, stał raz dąb nade drogą, a szli ludzie podle niego. — Piękny dąb, dobry dąb, — rzekł jeden, — gdy sobie pod nim zasnął oparłszy się oń i cień nad głową od gałęzi miał.
A drugi, co przyszedł, gdy się pod nim do snu ułożył, padł mu z dębu żołędź dojrzały, z wysoka na oko i zranił źrenicę. Ten przeklinał dąb jako zbója, aby go pierwsza siekiera nie minęła; pierwsza burza wywaliła, pierwszy piorun spalił.