— Miłościwy książe — odezwał się Jaksa głos zniżając — sprawa to pono nie łatwa będzie, ale słowo wasze na szali zważy. Krótko mówiąc, otom się wielmi a wielmi rozmiłował w córce pana Petrka, a swatać się do niéj nie śmiem sam. Ojca nie mam, miłość więc waszą prosić muszę o opiekę, o dobre słowo nietylko u Petrka, ale i do własnéj matki mojéj.
Spuścił oczy Marek i przerwał, bo mu trochę srom było, w taki gorący czas o własnéj myśleć i mówić sprawie.
— A zkądże tu przybywacie? — odparł ks. Henryk — nie już prosto od Wrocławia?
— Nie miłościwy panie — rzekł Jaksa. — Byłem ja z Petrkiem w Krakowie i czas jakiś u niego potém przebywałem, alem od niego musiał do matki. Tam przybywszy, wstyd wyznać, ogarnęła mnie taka wielka tęsknica za dziewką, żem dłużéj powściągnąć się nie mógł. Pamiętny łaski waszéj miłości dla mnie, zbiegłem tu wprost w nadziei, że mi dopomożecie.
— A nicżeście po drodze od Wrocławia nie słyszeli? — spytał książe Henryk.
— Cóż słyszeć miałem? nie wiem nic — odezwał się strwożony Jaksa — czy, uchowaj Boże, mogło się tam co stać?
— Wieści chodzą różne, nie wiem — rzekł książe Henryk. — Puszczono tu plotkę jakąś straszną, z którą ks. Janik ztąd wielce zatrwożony pobiegł. Jeżeli wy nic nie wiecie, dzięki Bogu, fałsz to być musi.
— Alem ja, mijając bite szlaki, manowcami tu dążył — rzekł Jaksa przelękły.
— Cóż po ziemiach, kędyście jechali, słychać? — zapytał książe.
— Wojenne wieści chodzą, wojska się zbierają, o posiłkach trwogi puszczają — mówił Jaksa — lecz wojna nie rozpoczęta, Ruś tylko co kawał kraju zachwyciła, spustoszyła go.