— Od Wrocławia?
— Uchowaj Boże, o Petrku co? — zawołał przestraszony Marek.
Książe wahał się mówić, lecz z oczu mu coś smutnego patrzało.
— Mówcie, proszę — zawołał nagląco Jaksa — jestli co! rodzony ojciec więcéj by mnie nie obchodził!
— Nie trwożcie się — rzekł książe. — Pewną się zdaje rzeczą że się cóś z Petrkiem przygodzić musiało, że albo uwięziony jest, lub we swym dworze obsaczony, albo mu grozi niewola od Władysława... Wieści ztamtąd codzień bałamutniejsze przychodzą. —
Jaksa zbladły, trwogi swéj skryć nie umiał i ręce załamał.
— Panie mój miłościwy — odezwał się — radbym z tobą wieki mieszkać i służyć ci, lecz jestli tam co, w czém bym ja usłużyć mógł, a choćby nadaremnie się zaofiarować dla Petrka, w pomoc mu lecieć moja powinność!! Drogi mi jest jako ojciec rodzony.
— Nam téż wszystkiem równie — odparł Henryk — ani was trzymać chcę. Jedźcież ale siebie téż oszczędzajcie. — Bratu Władysławowi wierzyć nie można, bo jest w jarzmie złéj niewiasty. Jeżeli się mści na Petrku i wam nie przebaczy.
Zaledwie się pożegnawszy, Jaksa do gospody swéj pod zamkiem pobiegł, a była w miejscu takiem, gdzie się różni ludzie zjeżdżali ciągle, od których wiele posłyszéć było można. Począł zaraz badać gospodarza, czy od Szlązka co nie przyniesiono.
— Niemało rzeczy plotą, rzekł mieszczanin, ale prawdy w nich dopytać trudno. Każdy co innego prawi, niewiadomo komu wierzyć. O Palatynie Petrku głoszą, że z nim się cóś stało... Morzą go jedni, więżą go drudzy — ale strach ma wielkie oczy i język długi. —