Dobek tymczasem wyśliznął się drugiemi drzwiami do wozów, które strażą otoczone pode dworem stały. Łupu zebranego ztąd nie dosyć mu było, wypędzono ze stajen konie, wzięto kolebki i wozy, zegnano psy, pochwytano sokoły, powywracano szopy i zostawiono pustkę i gruzy tylko...

Łupy wyciągały z dziedzińca za Dobkiem, gdy od glinianéj grobli nadjechał wóz kmiecy, a ten co na nim siedział, oczom swym nie wierząc, stanął przypatrując się zniszczeniu, wczoraj jeszcze pańskiego dworca. Był to Tychon kmieć, którego znów z podwodą do miasta przygnano, wracający do domu. Jeżdżąc tu często z przewodem i znając ludzi Petrkowych, stanął u wrót, przed któremi dawny odźwierny leżał pobity na ziemi i jęczał.

Tychon, co tak na swój los narzekał, pierwszy raz ujrzał że i możnym nie lepiéj się od niego działo.

— Saku! zawołał do odźwiernego — na miłe Bogi, co się tu u was stało? Toć nie wojna?

Sak jęczał trąc potłuczone boki.

— Książęca ręka nas dotknęła — począł płaczliwie. — Nie pytajcie lepiéj! Wczoraj nasz Petrek z książęty na równi chodził, dziś ze złodziejami. — Powlekli związanego do ciemnicy, jego i Starostę i syna...

I począł zawodzić odźwierny.

— A cóż uczynił? spytał Tychon.

Sak podniósł głowę — — któż to wie? Skarby miał — złupić je chciano... Możny był — zazdrościli mu... Bóg tak dał!!

Tychon nie pytał już więcéj. —