— Wyście téż pewnie kędy daléj bywali, gdy językiem cudzym dobrze mówicie? — Zapytał stary.
— Trochę, trochę — począł młody, — więcéjbym światu jeszcze zobaczyć pragnął, ale to z pomocą Bożą kiedyś się uczyni.
Mnich tymczasem coś sobie półgłosem podśpiewywał po łacinie, nogą bujając w powietrzu. Kubek w dłoni trzymał, i miód posmoktywał, patrzał na Samichę, która ogień pośrodku izby roznieciwszy, warzyć coś poczynała.
— Wyście się tu porodzili — począł — wam tu znośnie, ba i dobrze być może; dla nas gorsza więzienia ta ziemia. Niema czém pocieszyć ni oka, ni duszy. Morza nie ujrzeć, szumu jego nie posłyszeć, gór niebotycznych nigdzie, równiny jak na dłoni, lasy a lasy i lasy na nich szumią, rzeki ospałe płyną jakby się pomęczyły, błoto i piasek! piasek a błoto! Na drzewach nędzne szyszki rosną, wino choć go sadź i chuchaj nie dojrzeje — kraj wasz nie dla ludzi!
— Wybyście się nań skarżyć nie powinni, — przerwał stary — wam tu mało nie jak w raju. Ziemi, pól, wody, lasu, służby do nich macie dostatkiem i do woli. Królowie, książęta, my téż dajemy wam wszyscy, biskupi na rękach noszą — toż królujecie u nas!!
— A cobyście téż wy bez nas poczęli? — zawołał mnich, oczyma mrugając. — Gdyby nie Włosi, nie Francuzi, potroszę i Niemcy, pana Boga byście nie znali, któżby u was wiarę Chrystusową krzewił? Waszych duchownych tyle tylko prawie macie co po wsiach, po plebaniach siedzą i niezgorzéj katechizm umieją — nie wiele co więcéj. Jak książkę na wagę złota, tak i nauczycieli do niéj na wagę złota kupować musicie, inaczéj byście po wiek wieków w ciemnościach zostali.
— Juści téż do tego powoli przychodzimy, — odezwał się młody, — że swoich księży i biskupów mieć będziemy przecie.
— A coby biskupi wasi i księża bez nas zrobili! — odparł Francuz. — Wasi polscy biskupi nie wiele znają, księża jeszcze mniéj, po chałupach z dziećmi i żonami siedzą, do stodół zboże ściągają, pociechy z nich nie wiele.
Zaśmiał się.
Oba przy nim siedzący posępnie jakoś zamilkli.