— Tyś Jarmucha! hę? odparł Petrek wpatrując się w niego. Tyś Jarmucha??
Otwarły się usta szeroko i więzień roześmiał się dziko. —
— Jarmucha! kneź w więzieniu! Jarmucha! kneź? co wy, zabiliście téż brata??
— Ja? nikogo! odparł Petrek, a żem tu — Bóg tak chciał!
Jarmucha razem śmiał się i jęczał, patrzał chciwie i napatrzéć się nie mógł. Pojąć nie umiał jak ten co stał tak wysoko niedawno, mógł spaść aż do tego lochu, obok niego i stać mu się niedolą równym.
— Módl się, Jarmucha! odezwał się Petrek. — Jeżeli kiedy Bóg mnie wyzwoli, będę pamiętał o tobie.
Rozśmiał się Jarmucha.
— Mnie powieszą! zawołał z dzikim szałem — powieszą! Z tych lochów nie wyszedł nikt żywym. Kości mi już połamali kołami gdy zakrzyczę, a jak nie krzyczeć, nie ryczeć. — Dzieci moje! dzieci moje!
I ręce wysilone odpadły od kraty a Jarmucha po murze tłukąc się stoczył na ziemię, jęknął i już go ani widział ni słyszał Petrek dnia tego.
Nazajutrz o téj godzinie, gdy modlitwy swe zwykł był odśpiewywać, znowu drapanie się na mur przeszkodziło mu, zasapany Jarmucha dostał się do okna, ale teraz trzymał już lepiéj, bo kamienie powybijał, aby się za nie mógł uchwycić nogami.