— Kneź — kneź! — szeptał półgłosem — nie bójta się. — Ja umyślnie, ja się wziął aby inny nie zrobił. — Oczy zakrwawię tylko, nie wyjmę, język skaleczę — kneź — siedź, jęcz, krzycz — niech myślą żem oślepił — krzycz!

W czasie tych przyborów, gdy brudnemi rękami, Jarmucha dotykał już skroni Petrka, Dobek się tyłem odwrócił. — Patrzéć nie chciał. Oprawcy, choć widzieli co się działo, wnet zrozumieli litość kata i przez miłość dla Palatyna — milczeli. Oczyma porozumieli się wszyscy, nikt nie chciał się krwawemu widowisku przyglądać. Jarmucha obejrzawszy się bojaźliwie, ciął nożem w powieki, raz i drugi, zakrwawił skroń jedną i drugą, szybko, z gorączkowym pośpiechem oczy pomazał krwią. — Nogami niby dusił na ziemi wyrzucone źrenice. Potém usta otworzył Petrkowi i w język ciął tak że krew oblała wargi.

Za każdém cięciem nogami tarł po kamieniach i piasku, i śmiał się z radością dziką. — He! he! —

Petrek nie jęknął nawet.

Gdy Dobek, wyczekawszy dobrą chwilę, odwrócił się. Zdało mu się że wszystko zostało spełnione.

— Puścić ich — niech idą — o żebranym chlebie. — Niemasz tu już ani piędzi ziemi, Palatynie! Sakwy mu dajcie, kij, wyszczuć go za wrota! Syn ślepemu potrzebny, niech prowadzi!

Won ich za wrota! Won!

Ledwie z pośpiechem gorączkowym słów tych domówiwszy, Dobek zawrócił się biegnąc do ks. Agnieszki, aby jéj doniósł że wyrok spełniono.

Księżna w sieniach stała niecierpliwie czekając nań.

— Dokonano! oślepiony! zawołał Dobek rzucając się na ławę bo nogi pod nim drżały. — Język mu ucięto!