Gród za grodem się poddają — ino jeden jeszcze podobno został. Jak ten weźmiemy, wojna skończona, książąt niestanie, a Ojcowie księża nam się pokłonią.

— Jakiż to tam gród się trzyma? zapytał inny?

— Poznań! rzekł zbrojny.

Gdy się tam rozmowa toczyła przerywana śmiechami i wykrzyknikami, Ojciec Maur słuchając jéj po troszé, że mało rozumiał, odciągnął na bok przybyłego.

— Prawdaż to co ci ludzie tam plotą? zapytał.

I widząc że podróżny się zawahał, dodał zaraz.

— Przedemną wy mówić możecie, wiecie że my wszyscy Petrkowi jesteśmy słudzy, z księciem Władysławem nie trzymaliśmy nigdy i — da Bóg, trzymać nie będziemy. Prawdaż to że pogaństwa ćmy płyną znowu?

— A, prawda! odparł młody spokojnie, ale one płyną i rozpłyną się. Rozbiją się o Poznań jak fale o skałę!

— Gród że to tak mocny? zapytał Mnich.

— Mocen ci jest! — dodał młody, ale tém że ma w sobie ludzi mocnych. Arcybiskup Gnieźnieński i wszyscy panowie Biskupi z nami. Jadę po ks. Janika.