Drugiego dnia już tylko czarne, zwęglone przebywali zgliszcza, z których kruki się zrywały, ogryzujące kości białe, zwierza i ludzi. —

W dali czasem mignął im mały oddział jakichś ludzi, i chował się w gęstwinę.

Poobalane leżały krzyże, pospalane i poryte cmentarze, na rzekach mosty były powywracane, pustynia smętna wszędzie, a nad nią to niebo wiekuiście pogodne, jasne, wesołe, które straszy jak nielitościwy wyrok, nawet łzą nieskropiony.

VIII

Jak gród grodem stał nad Cybiną i Główną, nigdy tu jeszcze takiego zbiegowiska ludu nie było jak teraz, gdy Poznań ks. Władysław oblegał. —

Jak okiem sięgnąć rozkładał się do koła obóz Władysławowy, albo raczéj kilka obozowisk połączonych z sobą.

Stały jedne przy drugich szałasy, jak grzyby z ziemi wyrosłe, ciasno zbite, daléj namioty białe, szare i pasiaste, i szopy naprędce poklecone, a wpośrodku na pagórku widać było, niby dwór ogromny namiot pański, nad którym wysoko czerwona wiała chorągiew. — Wiała wysoko, dumnie, zdając się urągać wieżycy na zamku oblężonym, która téż czoło podnosiła do góry, a na niéj tkwiło także czerwone znamię królewskich dzieci. —

Niewielki gród, choć warowny, wśród téj okolicy gęsto, szeroko ludem nabitéj, zdawał się jakby orzechem w potężnéj dłoni, co go ścisnąć mogła i na miazgę zgruchotać.

To téż na zamek ów patrzano z obozu księcia Władysława, jako na łatwą zdobycz, którą każdéj godziny pochwycić było można.

I książę Władysław teraz inaczéj myślał, innego się spodziewał, niż gdy z pod Pilicy sromotnie uchodzić musiał. Coraz wychodził z namiotu swojego, i w boki się ująwszy, spoglądał na gród, bo w nim zebrani byli wszyscy, których ująć chciał aby wojnę zakończyć. Bracia młodsi czterej, Petrek zdrajcą mianowany, Wszebór zdrajca drugi, a mnodzy inni, których zdrajcami zwano.