Książę Władysław siedział na pniu pokrytym suknem, a dumał sobie roztargniony. Księżna się na siedzeniu miękkiém naprzeciw niego rozpościerała. Patrzali na się, Agnieszka tryumfowała — błogo jéj było.
— A cóż? mruczała spoglądając na męża z wyrzutem jakimś i pogardą — a cóż? nie stałoż się jakom mówiła? Tyś się chciał układać po Pilicy, a oto ich wszystkich w garści mamy, i już nie ujdą nam!
Władysław patrzał w ziemię. —
— Cóż z niemi uczyniemy? co? zapytał.
Agnieszka wstrząsnęła się z odrazą i niecierpliwością. —
— Cóż? czy jeszcze pytać trzeba? Czy się to żywi co szkodliwe?
— Na wygnanie ich wszystkich — odezwał się jakby nie słysząc Władysław. — Pójdą za siostrą Gertrudą — pójdą!
— Ażeby ztamtąd wrócili ze sprzymierzeńcami? zaśmiała się Agnieszka. — Albo to niema zamków i lochów dla nich, gdzie bezpiecznie siedzieć mogą, dopóki nie wyzdychają!
Książę ciągle był z myślami swemi, i kończył nie zważając na żonę.
— Jeden Petrek głowę da. — Temu nie przebaczę, a i Wszebor wart pod topor, ale stary człek... stary człek!