Wstał książę i jeszcze nie zatrwożył się, gdy i Agnieszka przypadła ręce łamiąc. Dopiero teraz przyszedł jéj na pamięć ten namiot, co runął na ich głowy, przeczucie złowrogie ogarnęło ją nagle.

— Koni! koni! — poczęła wołać głosem przelękłym — dwór do pana! Kto żyw, do nas!

Teraz już i książę się poruszył.

— Zbroi — zawołał do komorników — kaftan mi tu dać! Hełm! miecz! Nie może to być aby ta garść śmiała i mogła na nas się porwać!

Kniaź Wsewołod w téj chwili już zbrojny na koniu, z drużyną swoją ruszał tam, gdzie walka się rozpoczęła, mijając namiot oszczepem ukazał na bijących się, a z twarzy mu widać było, że niezbyt ufał zwycięztwu.

Pod namiotem książęcym, na dany znak przez Agnieszkę, któréj słuchać więcéj niż pana ludzie byli przywykli, wszystko się ruszało z pośpiechem wielkim, trwoga ogarniała, bo krzyki i szczęk walki aż tu dochodził.

Zewsząd rozlegało się wołanie rozpaczliwe — koni! koni!

Księżna to ręce łamała, to zakrywała oczy, to krzyczała na głos cały tupiąc nogami z gniewu.

Na tyłach obozu z małego szumu stał się téż wkrótce zamęt i wrzask wielki.

I tam latali ludzie potraciwszy głowy, chwytając ladajaki oręż, który im wpadł pod rękę, drudzy koły wyrywali z szałasów, do broni się nie docisnąwszy.