— Tak ci jest, darzyć się i obdarzać trzeba, ja téż was upominkami dla ojca obciążę, kto bierze, ten dawać musi.

Chodźcie no ze mną.

Uśmiechała się starucha chytrze. Zawróciła się do Błogosławy i rzekła do niéj.

— Chodź i ty, abyś wiedziała, gdzie co leży, bo to ci się kiedyś przyda.

Zarumieniwszy się dziewczę szło w milczeniu.

W komorze zamczystéj, do któréj sama ona tylko chadzała, staruszka silną dłonią podniosła drzwi na ziemi leżące, które skórami przykryte były. Ogarek zapalony w glinianéj miseczce niosła w ręku.

— Zchodźcie — mówiła — a nie bójcie się, choć stromo jest, po bokach sznury wiszą.

Pode drzwiami loch był w ziemi i kamieniu kuty, czarny, otchłanny, straszny jak więzienie. Przodem śmiało kroczyła stara, niekiedy oglądając się na Światosława, który siostrę prowadził. Zawrócili się w lewo, poszli w prawo potém, spuścili w dół, pięli się do góry, aż doszli do drzwi zamkniętych. Jaksowa z pod fartucha dobyła klucz i odsunęła rygle.

Sklepiona izbica szeroka, długa, nizka ciągnęła się gdzieś w głąb, że końca jéj było nie dojrzeć. Zaduch w niéj panował, bo powietrze tylko kędyś z góry szparami jakiemiś przez błony wpadało.

Dziwy tu ujrzeli.