I Jaksa szedł za niemi nie spuszczając z niéj wzroku, nie wiedząc czy się cieszyć, że wracała, czy smucić, że cień jéj widział tylko...
Nim się biedna Petrkowa oswoiła z nową dolą swoją, z mężem kaleką, z życiem, z ludźmi, których brakło wielu i nim wylała żale i bole, powtarzane każdemu z kolei, trochę upłynęło czasu. Jaksie już dawno Petrek powiedział, ściskając go. — Córkę ci dam, choćby mimowoli macierzy, bom ci dłużen wiele, a no, bądź cierpliwy, kwiatek to nierozwity...
Nierychło, raz wieczorem siedzieli we dwoje Petrek na ławie w kącie, pani na wezgłowiach, i jak zwykle, rozwodziła żale, jako jéj w Komorowie było, iż w więzieniu nie mogło być gorzéj.
— A toć będzie gniazdko córki naszéj! — odezwał się Petrek.
Rzuciła się na to kniehini.
— Ja, dać im córkę moją? na to wygnanie i pustynię? Téj niewieście za dziecko, która prostą chłopką jest?
— Nie jéj, ale Jaksie ją dam, bo mi on drugim synem był — odezwał się Petrek — i miłuje mnie i ją, a naszym będzie.
W płaczu długo utulić się nie mogła Petrkowa, nie chcąc córki dawać, męża starając odwieść, w końcu niezdoławszy tego uczynić, ani go przekonać, wpadła w gniew wielki. Nie pomogło nic. Jechały swaty, przyjął Petrek Jaksę za zięcia.
Gdy księżna Agnieszka uciekać potém musiała z Krakowa z Niemcami swemi, a Bolko objął stolicę i w kraju na czas ucichło, bo Niemcy się tylko zdala odgrażali i burczeli, — sprawiono wesele wielkie, jakiego Wrocław nie widział jeszcze.
Szła panna młoda do ołtarza, że się ludzie dziwili, czy niewiastą była żywą, czy cieniem a duchem, bo w niéj już krwi nie stało na rumieniec i siły do uśmiechu.