Drygas głową jakoś pokręcił.
— Pozwoli mi, miłość wasza, abym rozkaz mojego pana spełnił jak należy. Postoję ze psy u proga. Właśnie do parkanu opasującego cmentarz i kościół podjeżdżali, tu Drygas psy na sznur wziął, a Jaksa przez wrotka do bocznych drzwi kościelnych iść zaczął.
Naprzeciw tych wrót cmentarza któremi wszedł, była w kawałku muru furta strojna, wiodąca w stronę dworca pana Petrka, pokryta kamieniem i zakończona daszkiem. W chwili gdy Jaksa jednemi wroty wchodził, otworzyły się i drugie, a przez nie wyszły dwie niewiasty i za niemi poduszki niosąca służebna. Strzymał się tedy Jaksa i ukryć chciał dopóki by nie przeszły, bo do tychże drzwi kościelnych zmierzały — ale skryć się nie było gdzie, tylko że do muru przyległ patrząc ciekawie.
Z dwu niewiast pierwsza poważna, niezbyt już młoda, szła tak jakby po swej ziemi, pańsko, dumnie, wolno, ledwie że na świat spoglądając, myślami pewnie będąc gdzieindziej, bo i tam gdzie patrzała nic się widzieć nie zdawała. Piękna jéj twarz, choć na niéj lata kilka już marszczek zarysowały, jaśniała jeszcze ową niezgasłą pięknością córek północy, które się tak zdają przychodzić na świat z marmuru kute, aby ich czas nie spożył. Wypełniło się tylko jéj oblicze, i stało z pięknego majestatyczném a resztka młodości jeszcze w niém przeglądała. Na głowie, na włosach jasnych, które mało co widoczne były, miała złotogłowy czepiec, na nim zasłonę białą. Na sukni ciemnéj, obcisłéj, długiéj, bramowanéj, płaszcz lekki podbity szkarłatem, narzucony był na ramiona. Obie ręce białe, złożone na piersiach, osłaniały wywinięte rękawki. Na szyi łańcuch się okręcał, u pasa torebka wisiała pozłocista. Suknie się tak jakoś na niéj składały posłusznie do jéj postaci i ruchu, że wszystko poważném było, jak twarz, czoło i wejrzenie zadumane. Idące za nią dziewczę młodziuchne, z rysów oblicza poznać łatwo było jako jéj dziécię. Też same jasne twarzyczkę okalały włosy, w splecionych kosach długo spadając na ramiona, ze wstęgami i łańcuszkami, które się w nie wplatały. I twarz do matki miała podobną, białą jak śniég z modremi oczyma, tylko od niéj piękniejszą daleko, nie samą młodością ledwie rozkwitającą, ale czystością rysów życiem, smutkiem, łzami niepokalanych. — Było to szczęśliwe dziecię macierzyńskich pieszczot, nie oderwane jeszcze od matczynego łona, nie żyjące sobie, ale w matce i dla niéj. Ubiór miała jaśniejszy i lżejszy, a kolce, łańcuch, pierścienie i ozdoby, zdały się jakby umyślnie dla niéj zrobione z pajęczyn złotych, ze srébrnych nici. Coś dziecinnie wesołego patrzało z oczu jéj spokojnych, a gdy matka zdawała się nie widzieć nic, bo już wszystko przepatrzyła na świecie, ona się ciekawie przyglądała najmniejszéj rzeczy.
Jednego ptaszka, muszki, listka drżącego na gałęzi nie minęła nie uśmiechnąwszy mu się jak dobremu znajomemu i przyjacielowi. Zwracała ku nim główkę powoli, zdając się chciéć zgadywać te sztuczne kształty, w które koło niéj przyodziéwało się życie. Tak samo jak na przelatujące wróble, poczęła patrzéć na stojącego u wrót Jaksę, po dziecinnemu, ciekawie, śmiało. Lecz, gdy się z jego oczyma spotkała, twarzyczka się jéj zarumieniła, zmarszczyła brew i odwróciła wejrzenie. Jaksa niepozornie wyglądał a nadto patrzał śmiało, pogniewało ją to może. Prosty był człek a tak zuchwały! Spojrzała raz drugi ukradkiem, patrzał jeszcze i odwróciła się znowu. — Wtém matka weszła w ciemne drzwi kościelne i znikły w nich obie.
Jaksa stał jeszcze chwilę, jakby nie śmiał się ruszyć, nie chciał spotkać, dał im wnijść i służebnéj, która go téż oczyma mierzyła szczérze pogardliwémi; potém i on zwolna posunął się ku kościółkowi.
Właśnie do bocznéj kaplicy, przed Chrystusów krzyż wychodziła msza święta. Z zakrystyi poważnym krokiem sunął mężczyzna urodziwy, postawy wspaniałéj, w sukniach uroczystych od złota i jedwabiu lśniących. U ołtarza klęczały już matka z córką na podrzuconych im poduszkach. Jaksa z boku stanął i pobożnie począł się modlić.
Nie wielki ale wspaniały był ów benedyktyński kościółek, znać w nim było rękę pobożnego fundatora, a gdzie sztuce ówczesnéj brakło mistrzowstwa, zastępowało je złoto. Lśniło się niém wszędzie. Na złotych tłach stały malowane obrazy, w złoto poprzyodziéwane były ołtarze, złotem dzierzgane suknie. Ledwie że go na podłogę nie rzucono, a na stropie gwiazdami jaśniało i pręgami się świeciło.
Z kamienia też ciosane posągi, na owe czasy osobliwa rzecz, — obficie kościół zaludniały, a choć chude i sztywne, coś już w sobie życia i coś myśli zawierały. Modliły się wszystkie lub bolały — a boleść jest też modlitwą.
Język sztuki zaprawdę cudownym jest i sił jakichś nadziemskich pełnym. Dla młodych ludów starczy ledwie skazówka jego, aby z niéj żywa ich wyobraźnia wysnuła obraz żywota. To też, to co dziś u nas wstręt by i politowanie obudzało — unosiło duszę i myśl w inny świat dźwigało. Rośnie kunszt z ludźmi razem jak ich mowa, z potrzebami i duchem rozpościerającym się coraz szerzéj. To co do zepsutych ludzi się wdzięczy i pięknością ich zdumiewa, dla wpółdzikich, surowych mdłem by było i niezrozumiałém.