— A mnież to wasz bratanek obcym być ma? albo mi to go widzieć nie wolno — począł Petrek. — Cóż to jest! ażalim w niełaskę popadł!

Biskup poruszył ramionami.

— Chowałem go w izbie, — odparł, — aż mu suknie z domu przywiozą. —

— Cóż go to zbóje po drodze odarli? — pytał Palatyn.

— Nie, boby się im był obronił — mówił ks. Janik — alem ja go zbłąkanego na drodze chwycił. Nie znając kraju, w którym mało bywał, chowając się u obcych, w puszczach się obłąkał. Dopiero gdy szatny przybędzie z Miechowa, stawić się z nim mieliśmy wam i należny oddać pokłon.

Petrek spoglądał jakoś niedowierzająco.

— Prawdali to? — zapytał:

— Jakeś mi miły, Petrku mój — potwierdził Biskup.

Usiadł gość z oczów nie spuszczając Jaksy.

Zwrócił się wnet cały ku niemu, i jął badać o życie, o podróże, o naukę, o to co lubił i co mu miłém było. Uwziął się nań aby pytać, ale z Jaksą niełatwa była sprawa, bo, choć zrazu nieśmiały, gdy się raz przemógł, każdemu dotrzymał kroku. Petrek go swą szorstką, napastliwą mową nie zmięszał wcale.