— Co ci ludzie do uszów przynoszą — rzekł, — plotki być mogą. Ile wiem, poszlaków dotąd znacznych niema. Władysław w swéj dzielnicy siedzi spokojnie, do braterskich spraw się nie mięsza. Czekaj przynajmniéj aż jawnie wystąpi i będzie za co go strofować. —

— Może być po niewczasie — odparł Petrek. — Gdy wojska ściągną, gdy Żupanów po grodach sobie zjednają, a Agnieszka żagiew rzuci i książę za nią pójdzie, późno będzie wołać że — gore.

— Miły mój! — przerwał Biskup, — tyś gorący, strzeż się, byś na pożar nie wołał, gdy go niema.

— Gorący! a tak — potwierdził Petrek. — Byłem nim i będę pókim żyw. Tylko gorącością się coś czyni, chłodem i małodusznością chyba nic. Wy ojcze dobrzy jesteście, miłujecie pokój, jam zły i miłuję wojnę.

Uderzył się w piersi.

— Boże bądź miłościw grzesznéj duszy mojéj.

Napił się z kubka Palatyn i po izbie obejrzał.

— A bratanek wasz! — zagadnął — cóż myśli? Czy nie na dwór pański? Młody jest, rycersko wygląda, woli za piecem gnuśnieć!

Czy go matka chce przyszytym trzymać do spódnicy?

— Nic nie wiem — odpowiedział Biskup zwolna. — Ja go jeszcze tak jak nie znam. Od dziecka go po raz pierwszy widzę, ale cieszę się nim. Młodzian raźny, roztropny, gnuśnieć by mu szkoda. — Nie może służyć inaczéj tylko rycersko albo duchownym, a do tego nie zdaje się powołany.