W ścianach grubych siedziały małe starodawne okienka bez błon, z okienniczkami szczelnemi, które mało co światła do środka puszczały i drzwi były nizkie i wszystek pozór nie teraźniejszy. — Ten co to budował nietylko o moc dbał, ale i o ozdobę, bo w tych kłodach po rogach, po belkach, — nad drzwiami dziwolągi powyrzezywał, jakich chyba nigdy na świecie niebywało, i żadne oko ludzkie ich nie widziało. — Siedziały tam, jakby na postrach poczwary z głowy ptasiemi, z nogami lwów, z łapami niedźwiedzi, ze skrzydły rozpostartemi, to orły niby z paszczękami wilczemi, to smoki jakieś z pozakręcanemi ogony wężowemi. — Niegdyś potwory te malowane były, ale barwy z nich dawno zmyły deszcze i wypaliło słońce do szczętu. —
W osobliwszym tym starym dworze latem, — około tych poczwar, ba w ich gardłach gnieździło się ptastwo, kręciło po nich i szczebiotało, tak że one drewniane rzeźby żyć się i gadać zdawały. —
W Komorowie mieszkała matka Jaksowa, — pani wielkiego rodu, kędyś z za Łużyc czy od Pomorza wzięta. — Poganką ją pono zaswatał był stary, — przywiózł na dwór swój, — ochrzcił, i tu się dopiero nowéj wiary uczyć musiała. — Miał po niéj wziąć skarby bardzo wielkie, ale i w niéj saméj skarb wziął, bo niewiasta była osobliwa, którejby nie jeden mąż nie sprostał. —
Powiadano o niéj, że gdy straciła pana swego, a sama jedna w domu z synaczkiem pozostała, i Jaksowie stryjeczni opiekuna jéj dać chcieli, — którym pono owego otyłego Zułę wybrać miano, albo brata jego, późniéj zmarłego — tak się im postawiła że tykać jéj nie śmieli i nie wtrącali się więcéj, dając z synem czynić co sobie upodoba. —
Wyszła naówczas owa mężna niewiasta na wpół z męzka odziana, włosy sobie ustrzygłszy, mężowską zbroję na się skórzanną z łuskami włożywszy, z mieczem i toporkiem, na ręku synaczka niosąc — i stawiła się im, pytając czegoby chcieli? A gdy rzekli, że opiekę jéj dać mają, rozśmiała się smutnie odpowiadając, że niepotrzebuje żadnéj, oprócz Bożéj, że ludzi i mienie utrzymać potrafi a — dali Bóg, nieprzyjaciół i na wojnę, sama ze swém zawołaniem po wsiach i opolach pojedzie — a choćby i na czele ich stanie.
Stryjowie rozmówiwszy się z nią, już się tam nie zgłaszali, a Hanna trzymała majętności, jak żaden mąż, — żelazną ręką. — Gdy było potrzeba dosiadała konia, jechała, — skarżyła, na dwór królewski szła, do Biskupów, do sądów, krzywdy sobie żadnéj czynić nie dając. —
Tak się wszyscy dziwowali niewieście mężnéj, że potém nikt jéj nie śmiał zaczepić. — Gdy jeden z Doliwów zajechał jéj ziemię na granicy, dopóty nań czyhała aż związanego, porwawszy na łowach, nie wsadziła do więzienia na zamku, a nie puściła go, aż jéj z sześciu poręczycielami poprzysięgać musiał, że więcéj krzywdy czynić nie będzie i zemsty wszelkiéj zaniecha. — Mimo to co od niéj ucierpiał tak się potém w niéj ów Doliwa rozmiłował, iż ją za żonę chciał mieć, na co mu odpowiedziała, iż tam zkąd ona była niewiasty z mężami szły na stos, a kiedy dla dziecka żyć musiały, nie ślubowały powtórnie nikomu, bo się za umarłe światu liczyły...
Teraz już lat mając pod sześćdziesiąt, Jaksowa silną jeszcze była, jakby skamieniałą, niewczas, niewygodę, trud znosząc młodą siłą jakąś, która w niéj pozostała. — Tak samo jak na koniu gotową była we skwar i mróz, dzień przesiedzieć i noc, tak pod dachem, w domu umiała rządzić dziewkami, dworem, od kądzieli i krosien nie stroniąc. — Tylko gdy do spokojnéj siadała roboty, na usta jéj przychodziły pieśni jakieś stare, dziwne, niezrozumiałe nikomu, co ich ludzie podsłuchując czasem pode drzwiami, słupieli. — Głos miała mocny, na wpół męzki, smutny i poważny, a w trąbkę tak zadąć potrafiła, że w jéj ustach innego nabierała głosu i brzmiała niby piorun, grzmot, albo jakiś wrzask nadludzki.
Pomimo starości nie była jeszcze brzydka trzymała się prosto, a że jéj dawno piersi wyschły, wyglądała na mężczyznę i była gibką a zwrotną a silną, że nieraz z łowów przyniesionego kozła za rogi ująwszy, do góry podniosła.
W twarzy ogorzałéj, nieco już pomarszczonéj, widać było smutek wieczny i zadumę, ale razem spokój i siłę. Trwogi po sobie nieokazała nigdy. — Duchowni nie byli z niéj bardzo radzi, — zwali ją nawet poganką dla tego, że ich nie bardzo słuchać chciała, ale szczodrą dłonią sypała im zawsze. — Do kościoła chodziła, znajdując się w nim przystojnie, pilnując aby i czeladź tam uczęszczała, ano potém pilniéj jéj było do swojego śpiewu, do roboty jakiéj, niż do długich modlitw i pacierzy. —