— To już inna sprawa — odezwała się — w tém będzie stanowić wola twoja, ja ni zatém ni przeciw temu. — Nie radabym cię wypuszczać z domu, inaczejem sobie układała, a doli się trudno opierać. — Jaksowie zawsze przy książętach bywali i u nich rośli — rób co chcesz, jakoś winien. —

Rozmów się jeno wprzód z ks. Marcinem — stary kocha cię jak ja i wychował, Kraków i ludzi zna. — Posłyszysz co on powié.

Dla staréj Hanki słowo i sprawa były jedném, ledwie napomknęła o ks. Marcinie, nieupłynęło dwa pacierze, gdy posłaniec biegł do Miechowa po niego. Nazajutrz rano ks. Marcin się stawił. Stary był, silny jeszcze, ale już wielce skołatany, głowa mu ciężyła ku ziemi, gięły się barki, a gdy dłuższy czas siedział, trząsł się. Okryty prostą suknią czarną, w wysokim birecie, z kijem w ręku, z nogami nabrzękłemi, na których onuczki tylko i chodaki nosić musiał, wszedł staruszek wesoło do dworca znanego sobie od lat tylu, w którym był jak w domu, błogosławiąc, uśmiechając się, szukając oczyma wychowańca.

— Gdzież mój chłopiec? — pytał po drodze.

Gdy go zobaczył kij mu z rąk wypadł, usta się rozśmiały, wziął go za głowę i całować zaczął. Jaksa téż jak ojca go po rękach i ramionach całował. Matka stojąc a patrząc śmiała się zarazem i płakała.

— Siadaj ojcze — ozwała się, byłeś nam potrzebny. Mnie baby on nie posłucha, ani ja mogę mu rozumu mojego narzucać, tobie ufa, tyś stary — rozmówcie się o tém co mu radzą i gdzie go wiodą.

Ks. Marcin wciąż jeszcze patrzał, uśmiechał się, oczów nie mogąc oderwać od pięknego chłopaka, którego niemal od dziecka na rękach wynosił. — Znowu Marek musiał rozpocząć opowiadanie całe o łowach, obłędzie, o tém co widział i słyszał, co mu naostatek radzono. Tylko w opisie dworu Petrkowego pominął Błogosławę, nie wspomniał o niéj wcale. Było to może niemniejszym znakiem że go obchodziła, od wyznania matce uczynionego. —

Ks. Marcin posłyszawszy o tém, że ks. Janik na dwór ks. Władysława chciał Jaksę słać, zadumał się głęboko i długo nic nie mówiąc, ważył i rozważał. Dopiero gdy Jaksa dokończył i zamilkł, odezwał się nie rychło.

— Co ja ci mam mówić? — co radzić? — Jam prosty człek, a toć Pastérz, osoba wysoko siedząca, widząca daleko. Ja nizko stojąc tylko to co blizkie dostrzedz mogę. Czemże mój mały rozum biedny przeciw jego mądrości? Ks. Janik wam stryjem jest, więc jakby ojcem, bo własnych ze krwi niema dzieci. Życzy ci dobrze pewnie, widzi bystro, mogęć ja stawać przeciw niemu i moje proboszczowskie obawy kłaść na szalę? — Ani mi się to godzi czynić, anibym śmiał...

Pomyślał chwilę. —