— Pojadę — dodał — powiem com powinien, jak powinienem, w oczy wszystkim, księciu, babie, zausznikom...

Zadumany przeszedł się po izbie.

— Choćby głowę przyszło dać! dodał cicho. —

— Palatyn i Biskup, i wszyscy proszą was, miłościwy panie, o pośpiech. Czas nagli, nie, to ino patrzéć jak buchnie.

— Ja się téż ociągać nie myślę — rzekł Petrek spokojnie — ruszę jutro...

A ty, co robisz z sobą? dodał zwracając się do Jaksy.

— Do czynienia niemam nic pilnego, rzekł Marek, chętnie zrobię co każecie.

— Nie strachasz się jechać ze mną napowrót! spytał Petrek. — Syna nie chcę brać, za młody jest, albo i zapieszczony. Jedyny on u mnie i z niebezpieczeństwy nieoswojony, wy macie doświadczenie i męztwo — kto wie co nas tam czeka! Zdalibyście się mi!

Jaksa się pokłonił.

— Jadę z wami, dodał — bardzo rad że posłużyć mogę. —