Na zamku w Stolpen, oprócz podwojonych znowu straży i przedsięwziętych środków ostrożności, nic się nie zmieniło. Przysłano dowódzcę nowego, obwarowano niektóre furty i słabsze mury, nietknięto jednak hrabinéj, ani ścieśniono téj małéj cząstki swobody, jaka jéj była daną.
Cosel pokutowała dosyć w sumieniu swém sądząc i będąc pewną niemal, że druga już ofiara padnie nadaremnie i cieniem swym prześladować ją będzie. Nierychło bowiem doszła tu wiadomość, iż Helmowi król raczył przebaczyć.
Nikt nie wiedział jaki los mu był zgotowany.
Zaklika, powróciwszy na dawną swą kwaterę, jakiś czas pozostał na niéj nie ruszając się nigdzie, aby podejrzeń nie obudzać...
Czuł on że teraz koléj przyszła na niego i mężnie się gotował do tego, co za swój obowiązek liczył.
Ale dojrzalszy od tych co go poprzedzili, ich doświadczeniem nauczony, chciał być pewien, iż ostatnia próba ucieczki się powiedzie. Nie zrażało go to wcale iż Wehlen życiem, a Helm przypłacił całą przyszłością swą, szlachetną chęć ratowania uciśnionéj, niemal oszalałéj niewolą kobiety.
Przez czas pobytu w Stolpen i okolicy, kapitan miał zręczność rozpoznać tak zamek, wszystkie jego stare budowy, podziemia, chody, lochy, nawet innym niedobrze znane, iż mógł tu lepiéj niż ktokolwiek gospodarzyć. Zastanawiał się tylko nad tém, czy zręczniej mu będzie jako wojskowemu w zamku ucieczkę przygotować, lub uwolniwszy się od służby osiąść czasowo w miasteczku i zwolna się przysposobić do uwolnienia hrabinéj.
Po głośnym wypadku z Helmem, jakiś czas wypadało nie dawać znaku życia, ażeby nie ściągnąć podejrzeń na siebie. Zaklika więc dał tylko przez zwykłego posłańca znać iż żyje i przybędzie, a sam czekał uspokojenia.
Kilka tak upłynęło miesięcy.
W załodze na Stolpach miał towarzyszów wojskowych znajomych sobie dobrze, pojechał ich odwiedzić.