W progu stał już Zaklika.
Montargon, który także dobrze wiedział z kim miał do czynienia i był pewnym że hrabina mu słowa dotrzyma, wysunął się co prędzéj, nie otwierając już ust, a la Haye, który się dotąd nie odzywał, pozostał.
Sposób w jaki towarzysz jego dostał odprawę był dla niego nauką, la Haye zaczął z wielką łagodnością:
— Pani hrabino — rzekł — posłów ani ścinają, ani karzą; niech się pani uspokoi: myśmy niewinni że nam tak nie miłe dano polecenie. Byłbym w rozpaczy gdybym się mógł najmniejszą przykrością narazić pani, ale na miłość Boga, rozkazy króla! rozkazy z własnych ust N. Pana dla wojskowego, niéma ratunku, one się spełnić muszą.
— Widziałeś pan króla? — spytała spokojnie Cosel.
— Tak jest, z ust jego własnych odebrałem rozkaz. Zaklinam panią, nie byś ratowała siebie, ale byś mnie raczyła uratować.
Ten ton łagodny rozbroił ją nieco: Cosel padła na krzesło drżąca.
— Niech się pani uspokoi; niema, jak mi się zdaje nic dla niéj groźnego w tém wszystkiém.
— Jakto? a ta Denhoffowa?
— A! to bałamuctwo przemijające — zawołał la Haye — coś nakształt romansu króla z Duval, o któréj dziś tak dobrze zapomniał, że nie wiem czy sobie jéj imię przypomina. Pani Denhoff jest zamężną, mąż jéj na wsi, o niczém nie wié, nie ma najmniejszego podobieństwa ażeby przybyła do Drezna. Król zaś powrócić musi; zobaczysz go pani i łatwo odzyszczesz wpływ swój nad nim.