Lehmann wyszedł na chwilę, dając mu znak i powrócił prędko. Przysunął krzesło do stołu, posadził go i usiadł sam.
— Co się z wami dzieje? — zapytał.
— Dzieje się tak źle — odparł Zaklika — iż gorzéj, gorzéj już być nie może. Wygnano nas z pałacu, z domu, z Drezna a teraz idzie o to, żeby nas pono i z Pillnitz wypędzić... jeżeli nie gorzéj. Nieszczęśliwą tę ściga zemsta nikczemnych ludzi... trzeba ją ratować.
— Tak jest, tak jest — odparł Lehmann, poprawiając czarnéj czapeczki, którą starym obyczajem nosił na głowie — ale siebie nie gubić.
— Myślę, że się to da pogodzić! — odezwał się Zaklika.
— Tak, tak, tylko rozumnie i ostrożnie.
— Cosel uciekać musi — dodał Zaklika.
— Dokąd? — spytał żyd z uśmiechem — chyba za morze... tu sobie panowie wzajemne czyniąc przysługi, oddają zbiegów.
— Sądzę, że o nas się upominać nie będą.
Lehmann głową pokiwał.