— Jakto? wszystko! juścić nie tę zatajoną summę, którą mi hrabina u was odebrać poleciła?
To mówiąc dobył zaszytą w rękawie kartkę: bankier wziął ją rękami drżącemi.
— A wiész ty — spytał — coby było nam dwóm, gdyby tę kartkę i tę summę odkryto? Poszedłbym do Königsteinu, a moje dzieci z torbami. Flemming, Löwendahl i inni chwyciliby radzi zręczność zajrzenia do mojéj skrzyni żelaznéj.
I ręce mu drżały.
— Więc i tę summę im wydałeś? — zapytał zrozpaczony Zaklika łamiąc ręce.
Lehmann patrzał nań długo, zdawał się walczyć z sobą.
— Słuchaj — rzekł — przysiąż mi najprzód na to co masz najświętszego, że mnie, choćby ci życie wydrzéć chciano nie zdradzisz...
Z szuflady bióra Lehmann wydobył zastawiony u niego przez ks. Teschen krzyż brylantowy.
— Przysiąż mi na to — zawołał.
Zaklika ujął w ręce krzyż, podniósł palce do góry i zimno rzekł: „przysięgam.” Złożył potém krzyż do szuflady i dodał: odemnie ci nie trzeba było przysięgi, dość szlacheckiego słowa. Nie zdradził Zaklika nikogo i nie zdradzi.