— I to nie — odparł przybyły.
— Szukasz mojéj protekcyi? — spytał Fröhlich.
— Byćby to mogło — smutnie rzekł nieznajomy — gdy kto innéj niéma.
— To się choć do błazna udaje! — rozśmiał się stary. Ale dalipan, Schmiedel jako baron i kammerkuryer lepiéjby ci przystał; widzę z barwy że należysz do dworu? ale akcent masz obcy. W tém niéma nic dziwnego, bo tu wkrótce Sasa na saskim dworze z latarką szukać przyjdzie.
Któżeś ty?
— Jestem Polak, nazywam się Rajmund Zaklika.
— Polak, więc szlachcic, to się rozumie — rzekł Fröhlich — siadajże, szanuję szlachectwo... a żem ja mieszczanin, będę stał.
— Nie żartuj panie Fröhlich.
— Nie mogę, udławiłbym się własnym językiem, gdybym nie żartował. Ale czas krótki, czas drogi: mów szanowny Polaku co ci to jest? choryś? jam nie doktor.
Jakąś chwilę Zaklika na odpowiedź się zebrać nie mógł, ten humor Fröhlicha widocznie go nękał.