Twarz jéj pałała jeszcze ogniem tryumfu, zapału, ale zarazem gorączki i znużenia; uczuła się słabą i zrzuciwszy z siebie klejnoty, padła na sofę spoczywać.
W pałacu było cicho, dalekie ledwie stąpanie dawało się słyszéć niekiedy w przedpokojach. Ta cisza po wrzawie, okrzykach i muzyce następująca nagle, dziwnie ją usposobiała. Czuła się równie na duszy jak na ciele zmęczoną... Niczém nie usprawiedliwiony w téj chwili smutek ją owładnął.
Wśród tryumfu spotkała parę razy szyderski wzrok Flemminga i ten ją przejął do głębi; była w nim jakby niema groźba, którą ona tylko jedna zrozumiéć mogła. Wyraz jego oczów odbił się na jéj sercu; gniéw i trwoga w nim gościły. Nie miała powodu do obojga, a pozbyć się ich było dla niéj niepodobieństwem.
Napróżno przypomnieniem króla i wszystkich dowodów czci jakie tego dnia doznała, usiłowała ponure rozbić myśli, obłok co na nie zaszedł, wisiał na duszy chmurą czarną. Oczy zachodziły łzami... Tak nieraz w chwili największego szczęścia, zjawia się przyszłości przeczucie.
Niema, stężała, z oczyma wlepionemi w ścianę na któréj wisiał portret królewski, siedziała tak długo... Dnia tego nie spodziewała się już zobaczyć Augusta, nazajutrz rano razem ze swym gościem miał jechać do Berlina. Tam nowe go czekały uroczystości, nowe twarze, nowi ludzie.
W korytarzu którego wschody łączyły się z galeryą do zamku wiodącą dały się słyszéć kroki; nie mógł to być kto inny prócz Augusta... Cosel zerwała się z siedzenia i pobiegła do zwierciadła aby suknie rozrzucone poprawić. Bujne jéj włosy czarne nie dały się ująć ręce niewprawnéj, i gdy król ukazał się na progu, Cosel trzymała je w białéj dłoni, drugą osłaniając i podnosząc spadającą z niéj suknię.
Z piérwszego wejrzenia Cosel poznała że August przychodził do niéj w tym stanie, w jakim go rzadko widywała, a jak najmniéj widziéć lubiła.
Uroczyste żegnanie siostrzeńca, którego dwóch dworzan z wielkiém uszanowaniem na łóżko zaniosło, odbyło się ogromnemi puharami. Król, jakkolwiek nawykły do nich, nie wyszedł z téj walki cało. Szedł wprawdzie bez pomocy szambelana, który go do drzwi tylko doprowadził, starannie pilnując aby równowagi nie stracił, ale w gabinecie Cosel oczyma zaraz szukał siedzenia i rzucił się na nie skwapliwie. Twarz była okryta rubinowym rumieńcem, oczy przyćmione, mowa stała się nie wyraźną.
— Anno — rzekł — chciałem cię pożegnać... Ha! miałaś dziś dzień tryumfu jaki rzadko która kobiéta otrzyma. Podziękujże przynajmniéj... Rozśmiał się król.
Cosel zwróciła się ku niemu z twarzą smutną.