— Dlatego że on żadnéj długo nie może być wiernym. Cosel musimy się pozbyć, a w jéj miejsce dać mu inną. Król jest znudzony.
Marszałkowa zamyśliła się mocno.
— Znaleźć łatwo — odpowiedziała — lecz jakże ostrożnemi być należy, aby w nowe nie wpadł więzy.
Pani Przebendowska została u przyjaciółki na obiedzie. Obie córki marszałkowéj nań przybyły, obiedwie były młode i ładne. Pociejowa maleńka, zwinna, słabiutka się wydawała, ale z oczów jéj ogień tryskał, z ust dobywały się wybuchy śmiechu. Denhoffowa niewielkiego wzrostu, zręczna, udawała melancholiczną, chociaż podszyta była trzpiotem i ta powaga przybrana źle pokrywała charakter płochy, żądzę życia i używania niezmierną.
O obu tych paniach już naówczas szeptano sobie na ucho historye, które tylko za czasów Augusta w Polsce, pod wrażeniem przykładów jakie miano przed oczyma, prawdopodobnemi się stawały. Z oczów Denhoffowéj patrzał dowcip i złośliwość, ale przysłonione skromnością tak przesadzoną, iż się podejrzaną stawała.
P. Przebendowska mówiła o rzeczach obojętnych nie spuszczając z oka obu pięknych sąsiadek. Ciekawie dopytywano o króla... P. Pociejowa przypominała sobie jakiegoś hrabię Friesena... Mówiono coś i o Cosel, ale pocichu. Po obiedzie młode panie wyrwały się z młodzieżą na konną przejażdżkę, gdyż obiedwie namiętnie lubiły hasać i dokazywać na koniach: panie starsze zostały same.
Przebendowskiéj nie tajnym był zły stan interesów marszałkowéj... To téż zaraz nad nim utyskiwać zaczęła... Wzdychały obie.
Marszałkowa zbliżyła się poufnie, biorąc za rękę przyjaciółkę.
— Proszę cię, widziałaś córki moje? Marynia wcale jest świeża i ładna, serce ma dobre... potulna, łatwa... Jak ci się z twarzy podoba?
— Bardzo wdzięczny ma buziaczek — rzekła Przebendowska.