— Środka nie miałem — odparł Zaklika — kto ostatek waży, jak ja, ten musi być oględnym. Nie o mnie mi szło, ani o życie moje; lecz o to, że po mnie, gdybym się nieroztropnie rzucił i zawiódł, nie będzie może nikogo.
Hrabina zamyśliła się.
— Miałeś słuszność — odpowiedziała — ciebie, jako najwierniejszego sługę, muszę zachować na ostatek! Synowiec komendanta najprzód być może użyty.
— Jakto? do czego? — zapytał Zaklika.
— Taka jest wola moja — odparła Cosel.
Wehlen się kocha we mnie... oszalał... on zna zamek najlepiéj... jest tu panem. Nie mięszaj się do niczego, zostaw mu wolne pole, pomagaj nie widząc, lecz nie bierz udziału... zamknij oczy. Z nim sprobuję uciec.
— Ale to nieopatrzny i szalony chłopiec! — przerwał Zaklika.
— A szalonym tylko, szalone się przedsięwzięcia udają — rzekła Cosel.
— Lecz jeśli się nie powiedzie? — spytał chmurno Zaklika.
— Cóż mi tam? — zimno odezwała się hrabina — uczyniąż mi co więcéj nad to, co robią? Żalby mi było młodego człowieka. Wy, tak, macie słuszność, wy powinniście zostać w odwodzie.