Komendant choć go używał, nie lubił, ale że w ostrzejszym rygorze ludzi trzymał, rozstać się z nim nie mógł. Zwał się Wurm.
— Panie komendancie — odezwał się Wurm — mam mu doniéść o ważnym wypadku...
— Cóż? pali się? — porywając się z krzesła krzyknął Wehlen...
— Nie, ale pański synowiec ucieka w téj chwili z hrabiną Cosel z zamku, ha! ha!
Stary komendant rzucił się jak szalony, ku drzwiom.
— I! nie ma się czego obawiać — rozśmiał się dziko Wurm — ja na to dawno czekałem, czatowałem: wiedziałem że to nie minie i nagroda nie minie.
— Co za kłamstwo bezecne! — zawołał komendant — jak śmiész...
— Ja spełniam mój obowiązek — zimno rzekł Wurm — w téj chwili żołnierze ich trzymają w ganku za kaplicą i kapitan Henryk co mnie po pyskach trzepał gdy zły był, głowę da!
Z wyrazem piekielnéj zemsty uśmiechnął się wachmistrz... Komendant drżał chwytając to za broń, to za klucze i niewiedząc co ma począć. Trwoga o los synowca, do którego był przywiązany, do szału go doprowadzała.
— Kapitanie Zakliko! — zawołał — ratuj mnie, ratuj jego!