O czémże się miała wszcząć rozmowa jeśli nie o niewolnicy, z któréj przyczyny czuwać ciągle musiano.

— E! — rzekł stary żołnierz — nie chcę ja sądzić co drudzy robią, a zwłaszcza król JMość pan nasz miłościwy, ale co do mnie, nie rozumiém téj srogości nad kobiétą i téj obawy! Co ona dziś komu uczynić może? Tyle chyba, że jeszcze się kto jak ów Helm zakocha, bo zawsze piękna i piękna. Nic jej zmienić nie mogło, ani więzienie, ani łzy i męczarnie.

— A gdybyście ją byli widzieli w blasku jéj chwały, jak ja, gdym przy dworze był — rzekł Zaklika — dopiérobyście poznali niebezpieczeństwo.

Myślicież że król się lęka jéj pistoletów? a! nie, obawia się oczów jéj i władzy jaką miała nad nim, bo wié że gdyby godzinę z nim mówić mogła, u nóg jéjby leżał prosząc o przebaczenie...

Kaschau się rozśmiał.

— Tak, a wyszedłszy położyłby się u nóg panny Dieskau albo Osterhausen: stary, z pozwoleniem, bałamut!

— Radbym téż ją zobaczyć — odezwał się Zaklika — bo to zawsze ciekawa rzecz, taką kobiétę widziéć, a godną jest politowania.

— Któż ci broni? we dnie jéj nie wykradniesz! — rzekł Kaschau — idź się pokłoń dawnemu bóstwu.

Otrzymawszy to pozwolenie Zaklika poszedł na wieżę ś-go Jana.

Na drugiém piętrze był pokój Anny Cosel, gdy zapukał, długo nie otrzymał znaku życia i odpowiedzi. Uchylił drzwi z bojaźnią i widok którego w życiu swém nigdy zapomniéć nie mógł, przedstawił się oczom jego.