— Kyan, co ci jest? — zapytał król.
— Najjaśniejszy Panie — odparł baron — osobiście nie jest mi nic. Nie jestem ani głodny, ani zakochany, ani dłużny, ani zazdrosny, ale rozpacz mnie morduje.
— Cóż się stało? mów! — począł król.
— Nad nieszczęśliwym losem najukochańszego naszego monarchy boleję! — odparł poważnie Kyan — tak jest! Urodzony do szczęścia, z bożém obliczem, z herkulesową siłą, z sercem wspaniałém, z męztwem niezłomném, stworzony aby świat ci u stóp leżąc służył... nie masz nic.
— Tak, to prawda — rzekł August chmurząc brew.
— Piętnastu nas tu siedzi i rozbawić cię nie umiemy; kochanki cię zdradzają i starzeją się, wino kwaśnieje, pieniądze ci kradną, a gdy wieczorem radbyś odetchnąć w wesołém kółku, przynoszą ci wierni poddani twarze grobowe. Nie powinnaż mnie co cię kocham, rozpacz porywać!
August się uśmiechnął, ręką drżącą pochwycił puhar i stuknął nim o stół. Z za kredensu wybiegły dwa karły... jak jeden i stanęły przed królem.
— Słuchaj Tramm — zawołał August — każ podać gąsior ambrozyi! Kyan’a robię podczaszym. Wino któreśmy pili, podprawione było wodą.
Ambrozyą zwał się węgrzyn królewski, który Zichy sam dla Augusta z najlepszych winogron nie wyciskanych robić kazał; było to wino nad wina, niby syrop ciągnące się, zdradziecko słodkie i łagodne, a mogące powalić olbrzyma.
Tramm z towarzyszem znikli, a po chwili ukazał się czarny Murzyn we wschodniéj odzieży, na srebnéj tacy niosący gąsior ogromny. Wszyscy wstali i witali go pokłonem, król spoglądał.