Hoym głową na wszystkie strony wykręcał, a ręką z próżnym bawił się kielichem.
— Hę! hę!, zaśmiał się.
Z cicha nalał mu wina Kyan.
Minister machinalnie podniósł kielich do ust i wypił z tą bezrozumną chciwością właściwą już napiłym, których szatańskie pali pragnienie.
Lice mu zaszło purpurą.
— Hę! hę! — począł bełkocząc — chcecie wiedziéć jak wygląda moja kochanka... ale ja mili panowie niémam i nie potrzebuję miéć kochanki, bo mam za żonę boginię!
Rozśmieli się wszyscy chórem, król tylko ciekawie, poważnie wpatrując się w niego, słuchał.
— Śmiejcie się — mówił Hoym — kto jéj nie widział, ten nie widział Wenery, a myślę że i Wenus obok niéj wydałaby się praczką z przedmieścia. Mogęż ja ją opisać? W jedném jéj oku czarném jest tyle potęgi i wdzięku, iż żaden śmiertelny oprzéć mu się nie potrafi. Postać jéj Praxytelesa dłutoby zawstydziła... na jéj uśmiech niéma wyrazu, ale to bóstwo surowe i straszne i ten uśmiech nie rozkwita co dzień.
Kiwali głowami przytomni niedowierzająco, Hoym chciał przerwać, król uderzył o stół. — Opiszże ją lepiéj: to są westchnienia, nie obrazy.
— Któż opisze doskonałość — dodał Hoym z podniesionemi w sufit oczyma...