Teraz dopiero okazało się, jaką on tu niepokaźną, cichą a czynną był wszystkiego sprężyną.
Nigdy z tego chluby nie szukał, nie wynosił się, łaskami nie chwalił, wpływem nie nadymał, ale wszędzie go było pełno, każdemu dobrą radę dał, karku chętnie nastawił, a gdy niejasno w czem było, on najlepiej dojrzał drogi.
Dla królewnej był to służka nieopłacony, nieoszacowany, ale wyrzekając się go, wiedziała że nie straci.
Z dobrą miną tegoż dnia przyszedł Talwosz na pożegnanie do dobrego, łagodnego księdza biskupa chełmskiego, który go też lubił i miał tęsknić po nim.
— Przyszedłem najprzewielebniejszego ojca pożegnać — rzekł całując w rękę — pędzą mnie ztąd, niema rady. Kiedy już Rzeczpospolita w niebezpieczeństwie być ma przez Talwosza, trzeba ją ratować! więc choćby głową w przeręblę.
Biskup stał zafrasowany.
— Kochanku — rzekł — wierzaj mnie, jam temu nie winien nic. Ochmistrzowi Konieckiemu byłeś solą w oku, ten na ciebie zrzucił wszystko.
Śmiał się Talwosz.
— Gdy ja pójdę precz — rzekł — nic przeto on więcej tu znaczyć będzie.
Ksiądz biskup westchnął powtórnie.