Dopóki jej mówił o tem co zrobił, czego się dowiedział, słuchała go z zajęciem, uśmiechała mu się uprzejmie; jak tylko zaczął wzdychać i zagaił o swej miłości dla niej, odwracała się zasępiona i zamykała mu usta.
Potrzeba było i człowieka tak cierpliwego i miłości tak uporczywej, aby się tem nie zrazić, nie ostygnąć i nie wyrzec nadziei.
— Panna Dorota w końcu się przekona — mówił często, gdy go odprawiała z niczem — że na takie poczciwe przywiązanie jak moje rachować można i polegać na niem, ale panna nie ma ani litości, ani serca.
Dosia czasem odwracała się z uśmieszkiem dziwnym i odpowiadała mu gorzko.
— Serca ja może nie mam! Nie wiem... albo mi go Bóg nie dał, lub za młodu wyschło. Cóż począć na to? Głowa mi się nie zawraca.
— Ale kiedyś przyjdzie pora, że się serce odezwie — mówił Talwosz — tylko nie dla mnie może, ale dla jakiegoś Żalińskiego, albo jemu podobnego gołowąsa.
— Bądź waszmość spokojny — odpowiadała Dosia. — Nie dam się ja wziąć łatwo.
— A cóż będzie później... później...?
— Na starość? — przerwała Zagłobianka. — A cóż ma być? posiwieję i będę pani mojej służyła jako dziś.
— Ale królewna, Boże nam ją uchowaj, nie wieczna — mówił Talwosz.