Lecz łatwiej to powiedzieć, niż się ważyć na to...
Noc była wesoła! Święto każde u nas prowadzi za sobą zawieszenie wszelkich czynności a nawet troski wszelkiej na kołku. Pana Boga chwalić i dobrej myśli zażywać potrzeba.
Mało komu, szczególniej z bliższych Warszawy, żony z domu nie przysłały na Świątki kołaczów, placków, mięsiwa, kiełbas, jaj i beczułek. Było się więc czem posilać i na co sąsiadów prosić. Odżywało ciało i duch się krzepił.
Kościoły pełne były przez dzień cały. Modlił się każdy, a szlachta spotykając pocieszała tem, że króla tak jak miała.
— Bogu dzięki! Do domu człek pojedzie! żonę i dzieciska uściska. A! pora!
Z południa zjawił się referendarz na zamku, ale królewna chora leżała i widzieć się z nim nie mogła. Wylał swe żale przed panią krajczyną.
— Uciśnioną była wolność, przemocą Zborowscy prowadzili Henryka. Lękali się cesarza różnowiercy, religia była zagrożoną. Dyssydenci teraz mieli wziąć górę, kościoły zabierać, duchowieństwo obdzierać, ojczyznę zgubić.
Łaska starała się go tem uspokoić napróżno, iż Francuz przecież panem katolickim był i nie mógł dopuścić, aby wiara święta uciśniętą została.
Referendarz nie dawał się pocieszyć. Był to koniec świata! Wszystko zgubę zapowiadało.
Z tem wyszedł nieszczęśliwy.