Otwarta, szczera, wesoła rubaszność polska odbijała jaskrawo obok galanteryi chytrej, ironicznej, pogardliwej Francuzów, którzy się kłaniali szydząc i zdawali drwić ze wszystkiego.
Ani jadłem, ani napojem dogodzić im nie było podobna, prychali na wszystko, dziwili się rzeczom najprostszym, a szwargotu ich, ani nawet łaciny nikt prawie nie rozumiał.
Biednym zimno tu było, głodno i smutno; na twarzach zsiniałych malowało się więcej podziwienia, zdumienia niż radości.
Z tych wszystkich wrażeń, jakie czynili Francuzi przybywający, nie spowiadano się szczerze przed królewną.
Dwór jej, szczędząc biedną panią, przynosił tylko to co ją pocieszać mogło.
Na prawdę szlachta kręciła wąsa i myślała w duchu, że lepszymby był może jaki taki Piast, albo i Szwed nareście.
Ale potęga Francyi coś też znaczyła.
Zapał dla Henryka, gdy się o Francuzów ocierać zaczęto, ostygał znacznie.
Dla królewnej Anny podróż żałobna zimą, powolna, smutna, będąca niemal jednem nieprzerwanem nabożeństwem za duszę brata, była męczarnią tem większą, że prowadziła do miejsca, gdzie się jakieś nowe, nie dające obrachować życie rozpocząć miało.
O małżeństwie natychmiastowym, któreby koronacyę poprzedziło, mowy nawet nie było. Zostawało ono w cieniu i mrokach jakiejś niepewności, odłożone do nieoznaczonego terminu.