Gdy na którego z nas biedaków, pospolitych ludzi padnie takie nieszczęście, toć jeszcze! ale pomazańców bożych dziecko! w takiem osieroceniu, pod taką dolą ciężką! Nie powinniśmyż wszyscy się ująć za nią, a choćby ginąć dla niej!
— Tęgiś — przerwał Bobola. — My! my! a cóż my możemy, choćbyśmy i poginęli?
— E! e! — wyrwało się Talwoszowi. — My! my! toć przecie szlachta jesteśmy, a w królestwie tem coś znaczymy. Ani ty ani ja nic nie zrobimy, ale trzeba budzić i nawoływać.
Panowie senatorowie klucze trzymają, my pięści mamy.
— O ho! ho! — zakrzyknął Bobola — daleko idziesz! Pleć tylko tak, pleć, i królewnie się przysłużysz i sobie.
— Nie może być ażeby sprawiedliwości nie było na świecie! — wołał Talwosz rozgorączkowany.
— Czekajmyż na nią!
— A tymczasem królewna Anna bez opatrzenia, głodem niechaj mrze i ze wstydu, że ją poniewierają! — wykrzyknął Talwosz. — Cóż tu się dziwować, że dziewczyna głowę traci, patrząc na to! Mnie się też wnętrzności burzą.
Porwał się Talwosz i żywo po izbie biegać począł.
— Trzeba radzić! nic nie pomoże.