— Jak wszystkie nasze i wschodnie — zawołał Tęczyński — nie wymagają one zbytnich starań, a często niemal samą wodą żyć umieją.
Nasi żołnierze zmuszeni w stepach wyschłych ścigać Tatarów, zimą czynić wycieczki, gdy strzechami domostw konie żywić potrzeba, muszą mieć też pod sobą szkapy tak wytrzymałe jak oni.
Zawczasu król ziewać począł, skarżył się na znużenie, i Tęczyński go do sypialni odprowadził. Tu już służba czekała na niego. Henryk położył się do łóżka. Podkomorzy tak był jeszcze niespokojny i strwożony, że dnia tego nie odjechał do domu i kazał sobie ladajaką pościel rzucić w zamku na dole.
Do późnej nocy zasnąć nie mógł, zrywał się potem ze snu razy kilka i do dnia był na nogach.
Lecz cała ta trwoga okazała się próżną. Król wstał o zwykłej godzinie — nic nie zwiastowało, aby podejrzenia były uzasadnione.
Tęczyński znacznie się uspokoił.
Inni panowie trwali i w podejrzeniach i w obawie.
Biskup Karnkowski jak świt przysłał na zamek do podkomorzego, domagając się wiadomości o królu.
Henryk wstał dnia tego z pogodniejszą twarzą, weselszy i widocznie usiłował zadać kłam rozsianym pogłoskom.
Villequier przyszedł rano zafrasowany.