We drzwiach stał w fartuchu białym, z twarzą niewiele od niego różniącą się barwą kuchmistrz, którego król odziedziczył po Jagiellonach, pan Franciszek Allemani.
Zjawienie się niepowołanego przed oblicze królewskie mogło zdziwić zaprawdę. Musiał bowiem wtargnąć przebojem mimo służby.
Król podniósł ciekawe oczy ku niemu. Sądził że przychodzi z jaką skargą na Francuzów, bo te się często trafiały.
— Co ty tu robisz? — zapytał król marszcząc się nieco. — Chcesz bym ci za obiad podziękował, którego nie jadłem.
Allemani dziwną twarz ułożył, bojaźliwie się oglądając dokoła.
— Najjaśniejszy panie — odezwał się przystępując bliżej. — Najjaśniejszy panie, proszę o przebaczenie, sądzę że obowiązkiem moim było przestrzedz.
— O czem?
— Nie mówię o tem że na mieście, ale w kuchni i po zamku wszyscy rozgadują, że W. Król. Mość masz dziś nocą ujść z Krakowa!
Zżymnął się król z początku i rzucił gniewnie, ale natychmiast przyszedł do siebie, spojrzał ostro na kuchmistrza i śmiać się zaczął.
— Dziękuję ci za przestrogę — odparł obojętność udając. — Tymczasem jednak proszę, abyś obiad na jutro przygotował jak zwykle.