Pot kroplami spadał mu z czoła.
Namyślił się.
Miał na sobie suknie jeszcze, jak stał zwrócił się nazad do burgrabiego, który już do snu się zabierał.
— A wy tu jeszcze, Signor Allemani? — zamruczał stary dosyć kwaśno.
— Jak widzicie, powracam do was — odparł kuchmistrz. — Bądź co bądź, potrzebuję na miasto, otwórzcie mi którąkolwiek furtę, dajcie klucz jaki chcecie. Sprawa pilna, służba królewska.
Burgrabia na stole wśród mnóstwa rozrzuconych kluczów począł szukać pośpiesznie i naostatek podał Allemaniemu ogromny klucz, który mu inną furtę boczną miał otworzyć.
— Ale na miłość Bożą — dodał odprowadzając go do progu — zamykajcie za sobą i nie wpuszczajcie ani wypuszczajcie nikogo.
Zaledwie coś odpowiedziawszy, kuchmistrz śpiesznym krokiem podążył ku furcie wskazanej. Otworzył ją z łatwością, lecz gdy próg przestąpił, dwóch ludzi wyskoczyło z obu stron z za przymurków i zaparło mu drogę.
Jeden z nich miał nawet latarkę przy sobie, i ogromną halabardę w ręku.
— A wy tu co robicie? — zapytał kuchmistrz.