— Król!
— Król uciekł! — odparł kuchmistrz.
Nie odpowiadając mu Tęczyński zbiegł na dół, otwarto drzwi, wszystka służba się zerwała.
— Koni! koni! — wołał podkomorzy, który szalał niemal.
Wybiegł w koszuli do Włocha.
— Możeż to być? — zawołał z rozpaczą.
— Widziałem na moje oczy króla wychodzącego furtą na Kaźmierz ze Souvrayem i drugim Francuzem — odparł Allemani.
— Ale onże był?
— On sam.
Tęczyński ubierał się już rwiąc na sobie odzienie, dawał rozkazy poplątane, bezprzytomny, ludziom swoim dosiąść polecił koni i iść za sobą zbrojnym. Sam pochwycił oręż, ale jeszcze mu się wierzyć okropnej wieści nie chciało.