Czasu nie chcąc tracić, okno w korytarz wychodzące wybić kazał i wpadł nareście do komnaty królewskiej.
Tu zastał wszystko tak jak odszedł, dwóch bladych paziów siedziało na swych miejscach u łoża na straży, paliły się świece.
Rozsunął firanki. Łóżko było puste.
Paziowie rzucili się mu do nóg, bo był tak wściekłym, iż się o życie swoje ulękli. Tłómaczyli się rozkazem króla. Zakazano im otwierać, aż pókiby dzień nie nadszedł.
W jednej chwili cały zamek roił się rozbudzonymi ludźmi.
Co pozostało w nim Francuzów, z obawy, aby w pierwszej chwili szału nie napadnięto na nich, pozabarykadowywali się w swoich mieszkaniach.
Tłum dworzan i czeladzi polskiej napełniał wschody, sienie, pokoje, dziedzińce.
Tęczyński bezsilny, zrozpaczony upadł na siedzenie, ledwie mając tyle przytomności, aby natychmiast rozesłać gońców do Zborowskich, marszałka i wojewody, do litewskiego marszałka, do biskupa kujawskiego, do wszystkich w mieście się znajdujących.
Noc była ciemna, konno porozsyłani ludzie pochwytali pochodnie i niosąc je zapalone puścili się na miasto.
Spotykanym ludziom, zapytującym z okien przestraszonym mieszkańcom krzyczeli.