W Krakowie tymczasem nawet pobytowi temu nie przebaczano, rozpowiadając o nim rzeczy straszne. Wiedziano ile Francuzi z sobą przyjaciółek zabrali, że Nanetę Sederyn po męzku przebraną we własnej wyprawił kolebce. Zmniejszyła się liczba Francuzów, ale nienawiść dla nich urosła.
W gospodzie u Grocika poczwarne o zabawach nocnych na zamku krążyły plotki. Zamek, choć zamknięty, nie miał tajemnic, zdradzała je czeladź, a najmniejsza rzecz starczyła złym językom, aby z niej straszną potwarz skleiły.
Gawiedź krakowska zresztą w tem oburzeniu swojem była wyrazem tego uczucia, jakie w wyższych kołach się odzywało.
Chciano mieć króla, któryby majestat swój blaskiem cnoty uczynił wielkim; ostatnie lata życia Augusta dosyć już zgorszeń i goryczy przyniosły. Natomiast płoche chłopię wiodło za sobą srom i upokorzenie.
Wstydzić się za nie trzeba było przed posłami obcemi, przed ludem, przed światem. Ludzie wywozili z Krakowa tylko powieści o rozpuście i nieładzie.
Nie jeden raz odzywały się już głosy, że króla takiego cierpieć się nie godzi; ale ślub monarchy z krajem wydawał się tak nierozerwanym jak pasterza z owczarnią, jak męża z życia towarzyszką. Rozwód był niepodobnym.
Wymyślano więc różne środki jakiemiby na inną drogę młodego pana wprowadzić, a ożenienie stosowne wydawało się wielu jednym z najskuteczniejszych.
Dyssydenci chcieli niemieckiej księżniczki, katolicy bodaj rakuzkiej. Anna miała być uposażoną i skazaną na wieczne osamotnienie.
Wyzdrowiawszy Talwosz, który chodził jak błędny długo, przysłuchując się temu co mówiono, podburzając przeciwko Francuzom, trawiony jakimś niepokojem, po wyjeździe króla począł się także gdzieś wybierać.
Nie zwierzał się nikomu. Podróż to postanawiał, to odkładał, niepewien co pocznie.